Przez pierwszą godzinę się nudziłam. Chaos, bałagan, przesadna sztuczność, muzyka przeszkadzająca dialogom i dialogi nie pozwalające wybrzmieć muzyce, natłok postaci, wariackiej akcji i faktycznie głupawych momentami dowcipasów. Już prawie spisałam film na straty... aż przyszła kolej na tango "Roxanne". I ta scena wreszcie mnie zachwyciła i porwała. Dla mnie, było to naprawdę mocne zgranie muzyki z fabułą, emocja wydobyta montażem i dźwiękiem. Reszta filmu już tego poziomu nie osiągnęła, ale dała się strawić.
Aquariia napisał/a:
Przede wszystkim zachwyciła mnie muzyka, wplatanie dobrze znanych piosenek.
Sama nie wiedziałam co o tym sądzić. Chyba jednak wolę, żeby film miał w pełni własną muzykę, a nie żerował na znanej. To takie modne puszczanie oka do widzów. Nie zawsze się sprawdza. Mnie akurat wybijało z "wczucia w film".
Kirk napisał/a:
przy śpiewie Mcregora nóż mi się w kieszenie otwierał
Mnie nie. Może głucha jestem i się nie znam, ale słyszałam już gorsze rzeczy. Przeważnie w wykonaniu ludzi tytułujących się zawodowymi piosenkarzami. Jak na aktora, dla którego śpiewanie nie jest stałym zajęciem, uważam że było zupełnie dobrze.
Przyczepiłabym się nie tyle do aktorów, co do samej muzyki. Zgadzam się z Ocky, że musical powinien zostawać w pamięci. A tam nic w ucho nie wpadało. To nie oni źle śpiewali, tylko po prostu nie mieli czego śpiewać. Tak to odebrałam.
Ovë napisał/a:
Ludzie wy jesteście kompletnymi ignorantami w dziedzinie musicalu
Hej, to nie było miłe. Jak się za recenzję bierze pieniądze, to owszem, trzeba mieć minimum rozeznania w temacie. Ale czy trzeba mieć doktorat z filmoznawstwa ze specjalizacją musicalową, żeby móc powiedzieć, że film się nie podobał? Moje zdanie w tym względzie jest następujące: dzieło prawdziwie wysokiej klasy potrafi porwać nawet kompletnego ignoranta. Od takiego doświadczenia może się zacząć fascynacja skłaniająca do zainteresowania tematem i pozbycia się ignorancji. Natomiast dzieło, do którego docenienia "trzeba sie znać", może być dobre. Ale już czegoś mu brakuje do doskonałości.
Wysłany: 2008-08-31, 01:43
Opis: "Nie muszę patrzeć, żeby widzieć"
Dawno go oglądałam i podobał mi się bardzo - w każdym calu.Może będę mieć zastrzeżenia jak obejrzę go kilkakrotnie.
_________________ -Kaskader Mike.
-Kaskader Mike to twoje imiê?
-Zapytaj, kogo chcesz.
-Hej, Warren. Kto to?
-Kaskader Mike.
-A kim, do cholery, jest Kaskader Mike?
-Jest kaskaderem.
Proszę państwa, mój ulubiony film. Humor, muzykalność, miłość - jedyny film na którym płakałem (no, oprócz Tarzana kiedy byłem malutki). Nie uważam jak kolega Ove, że jak ktoś nie lubi tego filmu to jest ignorantem, broń Boże. To dzieło jest specyficzne, wyszło spod specyficznej ręki pana Luhrmana. To jest jeden z tych filmów, które albo się kocha i daje do swojego top10, albo które uważa się za idiotyczne. Ja na szczęście mam to szczęście że zaliczam się do tych pierwszych. Jak najbardziej zasługiwał na więcej Oscarów.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach