Forum Filmowe, Recenzje filmów, Lost: Zagubieni | U nas nie znajdziesz pirackich kopii filmów - ZERO DOWNLOADU, TYLKO DYSKUSJE!

FAQ | Szukaj | Użytkownicy | Grupy | Mapa forum | RSS | Zaproś
Rejestracja | Zaloguj
 Ogłoszenie 
Podążaj za Filmowo.net na portalach społecznościowych! Poprzez nie informujemy o nowych artykułach i aktualnościach:

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Goldeneye
Autor Wiadomość
MGaździcki 
Tyler Durden



Wiek: 23
Dołączył: 27 Cze 2007
Posty: 412
Wysłany: 2007-09-02, 10:32   Goldeneye

Cytat:


Reżyseria: Martin Campbell
Scenariusz: Bruce Feirstein, Jeffrery Caine, Michael France
Zdjęcia: Phil Meheux
Muzyka: Eric Serra
Gatunek: Sensacyjny, akcja
Data premiery: 13/11/1995
Obsada: Pierce Brosnan... James Bond
Izabella Scorupco... Natalia Fiodorowna Siemionowa
Sean Bean... Alec Trevelyan
Famke Janssen... Xenia Nagórna
Gotfried John... gen. Arkady Grigorijewicz Orumov
Judi Dench... M
Desmond Llewelyn... Q
Alan Cumming... Boris Grishenko
Samantha Bond... panna Moneypenny
Joe Don Baker... Jack Wade
Robbie Coltrane... Valentin Żukowski
Michael Kitchen... Bill Tanner
Tcheky Karyo... Dymitr Mishkin
i inni

Rok 1986. James Bond wraz z innym agentem sekcji 00, Alec'em Trevelyanem sabotują radziecką składnicę broni chemicznej. Po starciu z wojskową ochroną i eksplozji budynku, 007 udaje się uciec-niestety, Trevelyan zostaje zabity. Mija 9 lat. W kasynie Bond spotyka piękną Xenię Nagórną, w której rozpoznaje byłą agentkę KGB. Xenia, obecnie płatna zabójczyni na usługach rosysjkiej mafii, porywa najnowszy typ śmigłowca bojowego. Ona i jej partner, były wysoki oficer Armii Czerwonej, Orumov, używają maszyny do kradzieży tzw. Złotego Oka. Jest to dysk, sterujący dwoma satelitami, mogącymi wywoływać eksplozje nuklearne nad jonosferą, co prowadzi do całkowitej destruckcji urządzeń elektronicznych na określonym terenie. Nowy szef brytyjskiego wywiadu, którym po raz pierwszy jest kobieta, poleca 007 dotrzeć do osoby, która weszła w posiadanie Złotego Oka. Jet nią zapewne boss Xenii, tajemniczy gangster Janus. W St. Petersburgu Bond korzystając z pomocy rezydenta CIA, dawnego rywala z KGB i pokonanje przez niego Xenii doceiera do kwatery mafioza...

Pierwszy, a zarazme najlepszy Bond Pierce'a Brosnana. To, co widzieliśmy w "Śmierć nadejdzie jutro", to zaledwie echo, tego co tu pokazuje. Dawny Remington Steele jest równie brutalny jak Sean Connery, romantyczny jak George Lazenby, dowcipny jak Roger Moore i cyniczny jak Timothy Dalton. Od siebie dodał uroczą powierzchowność, którą z miejsca zdobył rzesze fanek. Intryga napisana poprawnie, w duchu klasycznych bondowskich przygód. Gadżety ograniczone do minimum (choć nieraz-jak w przypadku bondmobilu, którym jest tu BMW Z3-wypada to śmiesznie w kontekście serii). Na medal spisują się odtwórcy głównych ról: nasza Iza Scorupco, Famke Janssen, Judi Dench, a zwłaszcza Sean Bean, który tworzy prawdziwą kreację. Zamiana postaci Felixa Leitera na Jacka Wade'a wyszła na dobre, gdyż postać grana przez Joe Don Bakera jest niewymuszenie zabawna-podobnie jak gangster Żukowski, grany przez Robbiego Coltrane'a. Świetny epizod z Q, gorszy z panną Moneypenny. Do scen akcji nie można się przyczepić-na pierwszym miejscu jest naturalnie "miła przejażdżka po St. Petersburgu" z legendarnym, bondowskim demolowaniem radiowozów. Eric Serra (ten od score'u "Leona") odwala kawał dobrej roboty, ale i tak największe owacje dla tytułowej piosenki Tiny Turner. Świetny, zmysłowy, wciągający film-i dla fanatyka Bonda i zwykłego widza.
 
 
Aletheia 
Indiana Jones



Dołączyła: 14 Sie 2007
Posty: 261
Wysłany: 2007-09-02, 18:06   

MGaździcki napisał/a:
Od siebie dodał uroczą powierzchowność, którą z miejsca zdobył rzesze fanek.

Taa... Niżej (obok ;-) ) podpisaną, na przykład. Brosnan to w ogóle jest wcielona ikona brytyjskości. Co nie znaczy, że stawiam go od razu w panteonie Ulubionych., tam to się trzeba bardziej zasłużyć ;-) Mam z Brosnanem ten sam problem co z Bondami w ogóle - za gładkie to dla mnie. Komiksowe ale gładkie. Prawie... słodkie. Trudno mi to określić, ale cała seria jest taka jednoznacznie prosta. To co przed chwilą napisałam, dla mnie samej wygląda jak szukanie dziury w całym, ale do mnie Bondy nie trafiają i cześć. To tak jak z Tarantino - obiektywnie ma swoje zalety, subiektywnie nie jest "mój". W temacie sensacji, strzelanin i mordobicia wolę Martina Riggsa i Johna McClane'a. No właśnie, czy do Bonda w ogóle pasuje określenie "mordobicie"?
Trochę dziwne spojrzenie jak na kobietę, można oczekiwać, że wolałabym gładkiego gentlemana. No ale Bondy to taka bajka, przy której fani zgadzają się na umowność i najbardziej właśnie tą bajkowość cenią, takie odnoszę wrażenie. Może zacznę Bondy cenić na starość, jak przestanę "wierzyć" w filmy i zostanie mi samo delektowanie się, panie dzieju, tym co to już w życiu nie widziałam i teraz to, panie, nic nowego. Jak zostanę stetryczałą kinomanką, która wie, że oni tam na ekranie udają.

MGaździcki napisał/a:
Świetny, zmysłowy, wciągający film-i dla fanatyka Bonda i zwykłego widza.

Wyżej nawybrzydzałam, ale w zasadzie do "Goldeneye" nic nie mam. To przynajmniej parę razy obejrzałam, a nowszych Bondów nie tylko mi się oglądać nie chce, ale mi się mylą. A piosenka Tiny, owszem, świetna. No i Scorupco stworzyła dziewczynę Bonda, która się nie ogranicza do wiszenia na męskim ramieniu i piszczenia ze strachu. Przyznaję, że brak mi porównania z wcześniejszymi, ale podobała mi się.
 
 
MGaździcki 
Tyler Durden



Wiek: 23
Dołączył: 27 Cze 2007
Posty: 412
Wysłany: 2007-09-03, 10:01   

Bond to na bank nie jest mordobicie. Owszem, jest wiele brutalnych scen bójek (szarpanina w windzie w "Diamenty są wieczne" czy bijatyki z demolowaniem pokoi w "Żyje się tylko dwa razy"), lae nie da się ukryć, że Bond prezentuje typowo brytyjskie podejście do przemocy. Nawet jeśli śmierć jest wyjątkowo okropna (zmiażdżenie w zgniatarce na złomowisku), to zawsze pada ironiczny komentarz ("Miał spotkanie z prasą"). Riggs i McClane podejście do zabiajnia mają także inne: Rigss najczęściej zabija z zmesty, Bondowi zdarzyło się to raptem kilka razy w ponad 20. odcinkach cyklu. Także inne metody zabijania: postaci grane przez Gibsona i Willisa używają broni maszynowej, względnie pięści, bądź improwizują (podwodne starcie Riggsa z Wah Sing Ku). Bond bardzo często improwizuje i ratuje się, albo lampką nocną ("Szpieg, który mnie kochał"), albo obcążkami do paznkoci ("Żyj i pozwól umrzeć"), albo innym ustrojstwem. Osobny rodział to gadżety, których nasi gliniarze nie mają.

I to są główne różnice. Bond jest agentem z pozwoleniem na zabijanie bez odpowiedzialnośći karnej. Riggs i McClane muszą chyba odpowiadać przed Wydziałem Wewnętrznym (choć w sumie ta sytuacja kojarzy mi się z Jack'em Cates'em z dylogii "48 godzin"). Wreszcie Bond to Brytyjczyk, Riggs i McClane to Amerykanie-dlatego inny humor, zwyczaje, nawet stosunki w kontaktach damsko-męskich.

A żeby zrozumieć Bonda nie trzeba się od razu stawać "stetryczałym kinomanem". Nie wiem, czy nie lepiej poczuć się "dzieckiem, które właśnie ma posłuchać bajki o dzielnym rycerzu, złym czarowniku i pięknej księżniczce". Bo Bondy to właśnie bajki oparte na tym schemacie.
 
 
Aletheia 
Indiana Jones



Dołączyła: 14 Sie 2007
Posty: 261
Wysłany: 2007-09-03, 21:19   

MGaździcki napisał/a:
Bondy to właśnie bajki oparte na tym schemacie.

W tym punkcie się zgadzamy.

MGaździcki napisał/a:
Bond to Brytyjczyk, Riggs i McClane to Amerykanie

Właśnie. Ciekawe, do tej pory nie patrzyłam na to w ten sposób, wrzucałam wszystko razem do worka z amerykańską sensacją. Bo Bondy to takie amerykańskie angielskie filmy, tak jak "Czekolada" jest amerykańskim francuskim - tyle mają z Anglią i Francją wspólnego, co Disneyland z Dzikim Zachodem i lotami kosmicznymi (i nie piszę tego w sensie potępiającym, lubię "Czekoladę"). Ale to dygresja przy okazji, bo chodzi mi o tą różnicę, Bond vs Riggs/McClane. Owszem, Bond wręcz świeci brytyjskością. Szary agent JKM ma w sobie więcej "salonu" niż filmowe szyszki ze szczytów CIA. No i potrzebuje licence to kill, inaczej byłby w złym guście ;-)
Z Jankesami całkiem inaczej. Może i wisi nad nimi jakiś mityczny Wewnętrzny, ale nie wyobrażam sobie co musiałby narozrabiać pierwszoplanowy american cop żeby wylądować w sądzie, czy wylecieć z pracy. Znaczy tak definitywnie, bo w środku filmu to co innego. To jest nieodzowne w każdym filmie, musi przecież walnąć odznaką o biurko szefa. Jak mu nie zagrozić wywaleniem, to się nie zaweźmie na sprawę. To widać taki amerykański wkład w dziedzinie motywacji, gdzie indziej stosują podwyżki...
Takie zestawienie było w "Tango & Cash". Nie trzeba mówić kto tam jest typowy, a kto wręcz przeciwnie...

A humor wolę angielski, ironiczny. Nawet McClane najlepszy jest w takich momentach, jak wtedy gdy narzeka na rozmiar stóp ubitego terrorysty ;-)
 
 
MGaździcki 
Tyler Durden



Wiek: 23
Dołączył: 27 Cze 2007
Posty: 412
Wysłany: 2007-09-04, 18:53   

Brytjskość Bonda to był zawsze trudny humor. To jest nawet nie tyle salonowośc, co manifestowanie odmienności. Anthony Burgess zauważał, że Fleming wymyślił Bonda w czasach, gdy wywiad brytyjski znaczył w kręgach szpiegowskich "mniej niż zero" (chodziło o zdradę Kima Philby'ego i paru innych, równie ważnych agentów). Zresztą zarówno w powieściach, jak i filmach narodowośc Bonda i cały jego kraj są obśmiewane. W "Diamenty są wieczne" 007 zostaje pojmany w kwaterze terrorysty Blofelda, który grozi światu bronią laserową-widząc Bonda kpi "I po co pan przyjechał, przecież nie zniszczę tej pana żałosnej wysepki". "Człowiek ze złotym pistoletem", notabene pólkrwi Anglik opisuje Bonda "Pan jest Brytyjczykiem, zatem nie umie pan zabijać z zimną krwią". W "Goldeneye" 007 jest nazywany "pierwszym terierem Jej Królewskiej Mości", a w "Pozdrowieniach z Moskwy", gdy trzymany przez zawodowego mordercę na muszce Bond próbuje się ratować uwagą o dobrych manierach słyszy "Co ci z obycia, skoro musisz klęczeć przed mną?".

Niemniej, nie tylko Bond używa brytyjskości jako sztandaru. W "Dniu Szakala" to właśnie "powolni jka zwykle" Brytyjczycy dostarczają wiadomości, które pomagają rozszyfrować tytułowego zabójcę, gdyż "nie należy lekceważyć Scotlandyardu".

Jeśli chodzi o licencję na zabijanie to jest trudny temat. Inaczej jest ukazywany w filmach, inaczej w powieściach, gdzie oprócz Bonda podwójne 0 nosi zaledwie dwóch agentów. W filmach jest traktowana ironicznie ("Masz licencję na zabijanie, nie na łamanie przepisów drogowych"), w książkach bardzo poważnie (rozterki Bonda w "Goldfingerze" po zabiciu w obronie własnej najemnego mordercy).

A Bondy bajkami nazwał... nikt inny tylko sam Ian Fleming ("neurotyczne bajki dla dorosłych").
 
 
Aletheia 
Indiana Jones



Dołączyła: 14 Sie 2007
Posty: 261
Wysłany: 2007-09-04, 19:18   

MGaździcki napisał/a:
Anthony Burgess zauważał, że Fleming wymyślił Bonda w czasach, gdy wywiad brytyjski znaczył w kręgach szpiegowskich "mniej niż zero"

O, o tym nie wiedziałam. Ciekawa interpretacja, Bond ku pokrzepieniu brytyjskich serc? Trzeba przyznać, że zadziałało. Ciekawe, co Fleming myślałby o filmowych Bondach (nie pamiętam, czy miał szansę zobaczyć choć pierwsze), o ewolucji serii, szczególnie po zimnej wojnie.

A jeszcze co do "Goldeneye" i Brytyjczycy/Jankesi. To co Wzór Brytyjskości wyprawia na ulicach Petersburga (to Petersburg był? wybacz dziurę w pamięci...) jakoś dziwnie się kojarzy raczej z amerykańskim stylem "prowadzenia śledztwa" ;-) Zawsze w tej scenie żal mi biednego posągu, był całkiem ładny. Ale przynajmniej garnitur został nieskazitelny :641:
 
 
MGaździcki 
Tyler Durden



Wiek: 23
Dołączył: 27 Cze 2007
Posty: 412
Wysłany: 2007-09-04, 20:09   

Fleming entzuzjastą kina nie był, krążyły plotki, że przez całe życie obejrzał zaledwie dwa filmy (jednym miało być podobno "Przeminęło z wiatrem"). Bardzo długo nie chciał sprzedać praw do ekranizowania swych powieści, w końcu i tak zastrzegł sobie, że się zgadza, ale nie co do wszystkich ("Moja miłość to agent"). Wypowiadał się w sprawie obsady głównych ról przy pierwszym filmie (Bonda mieli wg niego grać Roger Moore lub David Niven, dra No Christopher Lee lub Noel Coward), uczył bondologii młodego Seana Connery'ego, miał nawet cameo w "Pozdrowieniach z Moskwy". Jego przyjciele mówili, że był urzeczony "Dr No", w pisanej równolegle z realizacją filmu powieści "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", wspomniał nawet o żeńskiej gwieździe pierwszego Bonda, Ursuli Andress.

Krytykiem Bonda filmowego był Burgess w swym "Wstępie do Jamesa Bonda". Mówił, że dziewczyny Bonda przedstawiane są jako papierowe postaci (za wyjątek uważał Dianę Rigg w "W tajnej służbie..."), "Szpiega, który mnie kochał" nazywał "nieflemingowską paciajką", po premierze "Ośmiorniczki" dziwił się co film ma wspólnego z błyskotliwym opowiadaniem pod tym samym tytułem. Momentami się z nim zgadzam, momentami nie.

A z "miłej przejażdżki po ST Petersburegu" swego czasu nabijali się Zygmunt Kałużyński i Tomasz Raczek: mówili, że z scena ta przywodziła im na myśl Monty Pythona i "parodię kijem po łbie: taką ze stuprocentowym cyrkiem". Jedno jest pewne-Bond w pewnym miejscu zaczął tracić brytyjskość, a w "Śmierć nadejdzie jutro" był już bohaterem kina amerykańskiego. Wątpię, by Brytyjskość powróciła. Ale może to błędne koło-wszak pierwszy ekranowy Bond (Jimmie Bond z "Casino Royale" z lat 50.) był agentem CIA.
 
 
Aletheia 
Indiana Jones



Dołączyła: 14 Sie 2007
Posty: 261
Wysłany: 2007-09-04, 21:26   

MGaździcki napisał/a:
Fleming entzuzjastą kina nie był, krążyły plotki, że przez całe życie obejrzał zaledwie dwa filmy (jednym miało być podobno "Przeminęło z wiatrem").

MGaździcki napisał/a:
Jego przyjciele mówili, że był urzeczony "Dr No"

Czyli to były te dwa? ;-) Gdyby to były jedyne filmy jakie bym obejrzała w życiu, też nie byłabym zachwycona kinem... A przecież facet żył w złotej erze kina, szkoda, że nie dał mu więcej szans. W dodatku jego książki są bardzo "filmowe", skąd im się to wzięło?! Chyba, że to złudzenie - może jest odwrotnie, może to kino jest "flemingowe". To byłaby ironia losu, gdyby facet tak wpłynął na medium, którego nie lubił. A może byłby zadowolony, że zmienił je na swoją modłę? Widzę tu szeroki temat na pracę naukową dla jakiegoś filmoznawcy - trzeba by porównać pod tym kątem kino pre- i postflemingowe.

A po tym co piszesz o Burgessie, widać, że był prawdziwym miłośnikiem Bondów, wszystko jedno, filmowych, czy książkowych. Tylko zaprzysięgły fan jest w stanie poświęcić tyle uwagi. I tylko rozczarowanego fana stać na tak zjadliwe komentarze.
 
 
MGaździcki 
Tyler Durden



Wiek: 23
Dołączył: 27 Cze 2007
Posty: 412
Wysłany: 2007-09-05, 09:25   

Mówiąc, że książki Fleminga były filmowe, należy dodać "niektóre". Najlepszy przykład to pprzedostatnia powieść "Żyjesz tylko dwa razy", gdzie praktycznie 3/4 książki to głębokie przemyślenia Bonda na temat śmierci jego żony i zemsty na Blofeldzie oraz rozmowy 007 z agentami Tanaką i Hendersonem. Właśnie dlatego Roald Dahl, pisząc scenariusz filmu "Żyje się tylko dwa razy" zapoczątkował trend "pożyczania" od Fleminga tytułu i głównego wątku. Podobnie Christopher Wood zrobił pisząc scenariusz "Moonrakera"-u Fleminga nie było wahadłowca tylko rakieta nuklearna, zamiast eksterminacji ludzkości chodziło o atak na Londyn (w filmach motyw ten pojawił się właśnie w "Goldeneye"), a znaczna część powieści była opisem gry w brydża pomiędzy Bondem a Sir Hugo Draxem. Fleming lubował się w detalach, których tak mało w filmach-na przykład w "Goldfingerze" przez trzy rodziały opisywany jest mecz golofy pomiędzy 007 a jego tytułowym wrogiem-w filmie to zaledwie 10 minut, a i otoczka ironiczna jakby znikła.

Jeśli Burgess walczył o Bonda to wlaczył o Bonda książkowego, który z Bondem filmowym wspólnego miał niewiele. Sam Fleming obruszał się, gdy ktoś nazywał 007 amantem i bohaterem. "To tępe narzędzie w rękach imperium brytyjskiego" zwykł mawiać. Z drugiej strony to "tępe narzędzie" było filozofem-amatorem, co widać niemal w każdej powieści. U Fleminga często brak także happyendów. Filmy (za wyjątkiem "Casino Royale" i "W tajnej służbie JKM") kończą się sytuacją łóżkowo-prysznicową pomiędzy Bondem, a jakąś bondynką, bondynka jęczy "Och, James", a całość jest obserwowana przez M i sztab wywiadu (raz przez Królową :) . Książki kończą się inaczej-czyjaś brutalna śmierć, zamach, po którym nie wiemy czy cel przeżył, odejście przed siebie... Zamiast jęczących bondynek, często są bondynki płaczące, bądź martwe. Czrny charakter natomiast pozostaje nieuszkodzony. Najlepiej widać to w pierwszych częściach cyklu, gdzie każdy kolejny Wielki Zły, okazuje się Złym Malutkim, sponsorowanym przez Zło Absolutne jakim jest SMIERSZ-organizacja litościwa tylko przez pomyłkę, lub przypadkiem. Szefowie SMIERSZ-u to jacyś generałowie i pułkownicy, prowadzący prywatne wojny i śniący o całkowitym poniżeniu służb wywiadowczych Zachodu, jak i jego samego. O dominacji nad światem nikt raczej nie myśli-chyba, że wspominani nagminnie Chruszczow, Sierow i Beria.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Gozda :: Template theme based on warezfactory.info


Szukaj na forum:


Polecamy: Zlewozmywaki granitowe | Meble kuchenne | Zlewozmywaki | Zlewozmywaki narożne | gry flash | Michael Emerson | chwilówki | pożyczki chwilówki