Wysłany: 2007-06-22, 22:49 Skazany na bluesa Opis: After all, tomorrow is a new day.
Cytat:
Info o filmie:
reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
scenariusz: Przemysław Angerman, Jan Kidawa-Błoński
zdjęcia: Grzegorz Kuczeriszka
muzyka: Dżem
gatunek: dramat, biograficzny
data premiery: 2005-08-12 (Polska)
obsada: Tomasz Kot, Jolanta Fraszyńska, Maciej Balcar, Anna Dymna.
Fabuła: "Skazany na bluesa" to historia życia niezapomnianego wokalisty zespołu Dżem, Ryszarda Riedla, który zmarł w 1994 r. po przedawkowaniu narkotyków.
Obserwujemy dzieciństwo Riedla, które spędził na Śląsku, jego młodzieńcze lata i próby zerwania z nałogiem. Podkreśla się, że jest to opowieść o sile ludzkich namiętności i o tym, że nie można oszukać przeznaczenia. (żródło: filmweb.pl)
Nie zachwycił mnie ten film, chociaż jestem wielką fanką Dżemu. Muzyka genialna, wtapia się akurat w obraz bardzo spójnie. Jednak co do samego obrazu mam dużo 'ale'. Po pierwsze pominięto wiele istotnych faktów, jak choćby konflikt Riedla z zespołem, co było wynikiem nałogu i wykluczenia go z niego. Pan Kidawa - Błoński skupił się za bardzo na nałogu, a nie pokazał właściwie, dlaczego Ryszard zaczął brać. Film aż trąci "The Doors" Stone'a. Natomiast bardzo podobała mi się gra Tomasza Kota - była to jego pierwsza poważna rola i był świetny. Film jak dla mnie średni. Warto dla muzyki i kilku naprawdę świetnych scen.
Film nie był zachwycający, jednak nie potrafię go ocenić obiektywnie. Denerwował mnie trochę ich śląski. Zbyt sztuczny. Było równiez kilka innych wad, ale po prostu nie potrafiłam ich wysunąć przed całość. Myślę, że warto zobaczyć "Skazany na bluesa', szczególnie polecam tym, którzy historii Ryszarda Riedla nie znają w ogóle.
_________________ "Życie - najbardziej zdumiewająca bajka"
Imię: Michał
Wiek: 21 Dołączył: 01 Sie 2006 Posty: 1579
Wysłany: 2007-06-26, 01:36
Opis: Co mnie żywi także mnie niszczy
blue berry napisał/a:
"The Doors" Stone'a
Dokładnie, ale w sumie sam Rysiek przepadał za Morrisonem i nawiązywał do jego twórczości choćby tytułem koncertowej płyty - "Absolutely Live".
Film oglądałem tylko raz, rok temu. Jest to jedna z produkcji, które najbardziej mnie zdołowały. Po seansie czułem się fatalnie, nawet pokrzepiłem się łykiem Krakowskiej. Nie ocenię tego filmu obiektywnie. Nie patrzyłem na wykonanie, lecz na tragiczną historię Ryśka, przy której trudno było nie uronić choćby symbolicznej łzy.
_________________ "Widziałem ślimaka pełznącego po krawędzi brzytwy. To mój sen, mój koszmar: brnie, pełźnie i nie ginie"
Imię: Agnieszka
Wiek: 19 Dołączyła: 10 Maj 2007 Posty: 93
Wysłany: 2007-06-27, 15:36
Ja Ryśkiem interesowałam się już dużo wcześniej, więc mniej więcej jak zasiadłam do obejrzenia filmu znałam jego historię. Było sporo sytuacji, o których nie czytałam, ale ogólnie byłam przygotowana na to co się będzie działo, więc film mi się ewidentnie nie podobal. Fabuła owszem, ale napisała ją w sumie historia życia Ryśka. Kot mi zdecydowanie nie pasował, dobrze zagrał niektóre momenty, ale ogólnie mnie wkurzał w tym filmie. Fraszka uszła
_________________ "Wolność inspiracji i wolność twórczości to pierwsza zasada sztuki"
Ogólnie mi się film nie podobał.
Głupim pomysłem było to, żeby resztę zespołu zagrał prawdziwy Dżem. To nie są profesjonalni aktorzy i przez to sfera wykorzystania ich została ograniczona do minimum. Nie potrafiliby zagrać uporczywych kłótni z Ryśkiem i nieustannych namów do tego aby poszedł na odwyk.
Relacje Ryśka z zespołem były bardziej złożone niż to przedstawiono w Skazanym...
Tylko jakaś dwuminutowa scena z bezpłciową pogawędką na temat pójścia na odwyk w stylu "Ty Rysiu, może byś sobie na leczenie skoczył bo ty nam się chłopie wykończysz" ...i na tym KONIEC.
Gdyby zespół zagrali prawdziwi aktorzy, nic by się nie stało a i o niebo więcej można by z nimi zrobić.
Szkoda mi nawet wspominać postaci Indianera, który gadał tak jakby przez cały życie trzymał jakiś długi kołek w tyłku.
Jeśliby w filmie była wzmianka o tym, że hera powoduje biegunkę, to może bym jakoś zniósł to jego ciągłe, napięte i patetyczne gadanie.
Niestety jednak, zamiast Indianera - chodzący kij od miotły.
Szkoda. Mógłby to być taki dobry film.
_________________ Stalin też coś wspominał o "Europie bez granic."
Imię: Bshemeg
Wiek: 19 Dołączył: 30 Sie 2009 Posty: 1
Wysłany: 2009-09-27, 11:32
Opis: Bambus
Ok...to był jeden z najgorszych filmów "biograficznych", jakie widziałem.
R.Riedla uważam za ciekawą postać i obiektywnie rzecz biorąc jest niezłym materiałem na film, to ten jednak był porażka.
Film pełen niezgodności, fikcyjnych postaci...chociażby ten Indianer, psia jego mać.
Do filmu zaciągneli totalnie z dupy obecnych członków zespołu...czy to wymaga jakiegoś komentarza, żeby robić fabularny film biograficzny i zamiast aktorów wsadzać tam postaci o których traktuje biografia? Pomijając, że powyżsi ni chuja nie potrafią grać i dodają jeszcze szczyptę żałosności do tej małej górki, która już zdążyła się usypać.
Poza tym niski budżet aż piszczy.
Ja osobiscie wiazalem duze nadzieje z tym filmem, jednak one chyba przerosly jakosc owej produkcji.
Zawsze glowna role w filmie, dla mnie, graja emocje, ktorych tu troche brakowalo, bylo to poprawne, latwo przyswajalne, troche bez refleksyjne, no niestety
Tak pozatym to witam wszystkich serdecznie, jako nowy uzytkownik tego forum
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach